Post Image
Prawdę mówiąc gdy w 2005 z ciekawości kupiłem pierwszy mikrofon, nie sądziłem, że tak długo będziemy się w to bawić…

Z rapem związany byłem od wczesnych lat nastoletnich, jakby nie patrzyć z tą muzyką dorastałem – oczywiście na początku głównie jako słuchacz. W sumie nic dziwnego, mieszkałem na największym osiedlu w Jeleniej Górze, jeździłem na rolkach, maniakalnie grałem w kosza – z którym rap też ma długą historię, szwędałem się po melanżach, otagowałem parę ścian i zamazałem całe zeszyty wrzutami, zaliczyłem epizod deskorolkowy – no nie dało się inaczej. Poza zajawkowymi, nieudolnymi próbami fristajlowania czy kilka luźno napisanymi wersami nigdy jednak nie próbowałem wcześniej nic nawijać – do czasu, aż wyniosłem sie do Wrocławia.

Tak się jakoś słabo złożyło, że we Wrocławiu w trakcie treningów koszykarskich dopadła mnie dosyć poważna kontuzja w wyniku której nagle miałem kupę wolnego czasu. Nie miałem co robić to z nudów wziąłem się za … rapowanie. W sumie zawsze mnie to intrygowało, ale nigdy nie miałem na to czasu.

To dla wszystkich koleżków z mojej dzielnicy, dla tych, którzy się wychowali na ulicy tutaj / Gdzie jest Mumia, Kaczka, Kowiel i co robi Goryl, dwutysięczny drugi nie widziałem go od tamtej pory […].

Yhm… tak, to jeden z moich pierwszych zarapowanych tekstów – z numeru „Mój Rewir”. Mega oryginalnie, nie ma co.
Generalnie to kupiłem jakiś słaby mikrofon i zacząłem się w to bawić początkowo głównie sam, potem razem z chłopakami z Locondo u mnie na chacie na Zielińskiego – a Zielińskiego to była taka imprezowo-studencka meta, nie ma co ściemniać. Tam codziennie coś się działo, non stop. Na początku wokale kładłem pod pierwsze z brzegu instrumentale, potem pod bity zrobione przez mojego ziomeczka Majka, które przypominały bardziej pierdzenie niż sensowny bit (robił na eJay’u), ale hej, nie wybrzydzaliśmy. Wtedy też skumałem się z Jabolem (który mieszkał jeszcze w Sieradzu) i ogarnęliśmy przez neta kilka luźnych numerów. Ogólnie to już nie pamiętam nawet ile tego wtedy powstawało, ale mam wrażenie, że co kilka dni był jakiś nowy kawałek. Pod względem zajawki i czasu na nagrywki nic nie przebije okresu lat 2005-2009. W sumie to mega frajda (i o to przede wszystkim chodziło), bo robiło się do tego jakieś proste grafiki, okładki itp. (generalnie projektowanie graficzne to wtedy moja równorzędna pasja, a dzisiaj zawód), no i tak jakoś pomyślałem, że wypada to obrandować, chociaż trochę.

Wtedy powstało 375 Label, lub po prostu „Trzy siedem pięć”, jak mówią wszystkie moje ziomki. A „375” to chyba nawet trochę za bardzo przekminiona nazwa, ale się przyjęła. Znaczy to mniej więcej to samo co FRK, zapisane na starej klawiaturze telefonowej, w sensie starej dzisiaj, bo w 2005 roku nie było smartfonów i klawiatury qwerty, a pod każdym klawiszem na komórce podporządkowane były konkretne literki – pod trójką były D, E, F, pod siódemką P, Q, R, S, a pod piątką J, K, L. Chciałeś napisać „FRK” to w skrócie stukałeś 3, 7, 5. Taka historia.

Pożegnać się będzie ciężko mi też, mam to na względzie wspomnień będę strzec / było minęło co zrobić mam, weź już zapomnij w drogę nam czas / przed Tobą i mną nowe horyzonty, bo mija już rok dwutysięczny piąty […].

Podziel się
Otagowane jako